AnimalPak.pl

Dieta / Jak ty to robisz?


Nie ma tygodnia, żeby ktoś mnie nie zapytał co jem ja, co powinni jeść oni i ile tego wszystkiego. Stało się to tak bardzo irytujące, że teraz już za każdym razem udzielam tej samej, standardowej odpowiedzi: „Jeśli coś daje się uprawiać, wyhodować lub upolować, to możecie to zjeść. Unikajcie półek z paczkowaną i przetworzoną żywnością, za wyjątkiem pieczywa pełnoziarnistego, owsianki i orzechów - i to by było w sumie na tyle. Jeśli nie przybieracie na wadze, jedzcie więcej, jeśli chcecie tracić i nie tracicie, jedzcie mniej.”

Nie zrozumcie mnie źle, ja chętnie pomagam ludziom. Niemniej mogę pomóc tylko tym, którzy chcą sobie pomóc sami. Mam już serdecznie dość gości, którzy chcą żebym ułożył im dietę, albo żebym podał im dokładnie, co jem – jakby to akurat mogło im w czymkolwiek pomóc. Co jakiś czas, przeważnie kiedy nie mam już jak pozbyć się natrętów, odpowiadam na to pytanie, i to nie szczędząc detali. Podaję im cały mój jadłospis, posiłek po posiłku, co jem, ile dokładnie tego jem i o jakiej porze to zjadam – podkreślając za każdym razem, że trzymam się tego cały czas, dokładnie tak samo, dzień w dzień. Jedyna różnica pomiędzy odchudzaniem, a budowaniem masy, to spożywane ilości. Nadal jem to samo, o ustalonej, tej samej porze – po prostu, zależnie od tego co chcę osiągnąć, wsuwam trochę mniej lub trochę więcej.

Kiedy odbębniam tę moją całą litanię, widzę w ich oczach zmieniające się odczucia – zaczynają od zainteresowania, skupienia, jakbym miał zaraz powierzyć im jakąś wielką, pilnie strzeżoną tajemnicę, wiedzę jak osiągnąć idealną sylwetkę. Potem zapał w ich oczach przygasa, zamienia się w niedowierzanie i zmieszanie, powoli zaczynają żałować, że w ogóle podeszli do mnie z pytaniem. Ostatecznie, gdy dociera do nich monotonia moich zwyczajów żywieniowych, na ich twarzach pojawiają się smutek i rozczarowanie.

Kiedy kończę odpowiadać, przeważnie wpatrują się jeszcze tępo w moje usta, albo ramiona, przez kilka chwil, aż wreszcie otrząsają się z tego otępienia, w które wbiła ich moja szczera wypowiedź. Ich powrót do rzeczywistości przeważnie wiąże się z uwagą w stylu: „Nie wiem jak ty to wytrzymujesz, stary. Ja zbyt kocham jedzenie, żeby tak długo pociągnąć.”

Brak mi odpowiednich słów, żeby wyrazić, jak bardzo nienawidzę tego komentarza. Co wy myślicie, że ja nie lubię jeść? Cholera, pewnie że lubię! Nie da się przybrać pięćdziesięciu kilo mięśni bez pochłonięcia góry, albo i dwóch, żarcia... Niemniej, jeśli jest jakaś sekretna wiedza pozwalająca osiągnąć w tej branży sukces, to na pewno dotyczy ona odżywiania... Właśnie tak, odżywiania. Nie chodzi tu o to, aby wsuwać co popadnie, ale aby systematycznie i w przemyślany sposób dbać o spożycie właściwych składników odżywczych. Nie chodzi tu o zjadanie pożywienia; liczy się dostarczanie substancji odżywczych ciału, a nie smak żarcia. Jestem pewien, że to już gdzieś słyszeliście: „Jesteś tym, co jesz.” Taka jest prawda. Wasze ciało produkuje rzeczy z tego, co mu dostarczycie.

Jeśli będziesz jadł czystą, zdrową, bogatą w składniki odżywcze żywność, będziesz czuł się zdrów i pełen energii. Jeśli będziesz jadł byle gówno, będziesz się gównianie czuł i takie też będziesz miał wyniki. Dobrze to ujął G. Diesel: „To jest jak połączenie miłości i nienawiści. Jeśli jem coś pysznego, coś na co mam wielką ochotę, czuję się z tym paskudnie... Jeśli jem coś paskudnego, czuję się fantastycznie. Oto kolejna z wielu zagadek kulturystyki.”

Kiedy decyduje się udzielić odpowiedzi na pytanie, od którego wszystko się zaczyna, wiem, że doprowadzi mnie to właśnie do tej chwili... Krótkiego momentu, kiedy przyjdzie mi jednocześnie podzielić się z rozmówcami moją mądrością i zbesztać ich surowo. Po tych wszystkich latach, wiem, że najzwyczajniej w świecie zmarnowałem poprzednie 10 minut na oświecanie kogoś, kto nie zastanowi się nad tym co powiedziałem i nie wcieli w życie żadnej z moich wskazówek, choćby nie wiadomo jak była rozsądna i praktyczna. Nie ma co na to liczyć, nie u nich. Znam ten typ ludzi od podszewki.

To właśnie tacy jak oni, zadają wciąż te same pytania, w kółko, każdemu kogo spotkają na swej drodze – do momentu, aż ktoś odpowie tak jak sobie tego życzą. Wcale nie chcą wiedzieć, jak inni to robią, chcą jedynie usłyszeć coś, co utwierdzi ich w przekonaniu, że ich wybór jest słuszny. Mając to na uwadze, zostawiam ich samym sobie z moim małym pożegnalnym monologiem, odwracając się na pięcie i nie dając im szans na reakcję na moje słowa – a brzmią one mniej więcej tak: „Rozejrzyjcie się dookoła, spójrzcie na tych wszystkich ludzi, którzy przychodzą tu dzień w dzień. Większość z nich trenuje dość ostro, ale nie mają prawie żadnych rezultatów, którymi mogliby się pochwalić. Tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu – żadnych zmian. Wyglądają dokładnie tak samo i wypruwają sobie żyły żeby podnieść wciąż tak samo obciążoną sztangę. Wylewają z siebie siódme poty w siłowni, kompletnie bez sensu, a mogliby poświęcić odrobinę energii na zadbanie o właściwe odżywianie. Każdy dupek może iść na siłkę i trochę potrenować, to nie jest nic trudnego. Tak naprawdę, to najcięższą pracę trzeba wykonać w kuchni.”

I po co to wszystko? Czy ma sens marnowanie czasu i ochrzanianie jakiś przypadkowych gości? Czy to coś zmieni? Czy wezmą sobie cokolwiek z moich słów do serca i coś z tego wyjdzie? Wątpię. Może po prostu czasem mam ochotę wygarnąć komuś, że mi też nie było łatwo? Nie urodziłem się pod najszczęśliwszą z gwiazd. Ciężko i długo pracowałem na to, by być teraz tu gdzie jestem, ale ludzie przeważnie nad tym się nie zastanawiają. Liczy się dla nich tylko to, jak ktoś teraz wygląda i ile jest w stanie w tej chwili wycisnąć. Nie zwracają uwagi na to, że to jest tylko owoc wielu poświęconych temu godzin, na przestrzeni wielu lat. Nie liczą się też wszystkie wiadra potu wylane, żeby to osiągnąć. To wszystko jest jak film – kiedy siedzisz na kanapie, nie myślisz o pracy, którą poświęcono na jego wyprodukowanie. O czasie, wysiłku, planach. O wszystkich pomyłkach, awariach, wypadkach. Oni też nie widzą tego, co się działo za kulisami. Widzą tylko ostateczny, skończony produkt w całej jego krasie.

Nie wierzę w szczęście. Sądzę, że każdy musi być kowalem własnego losu. Kilka razy w tygodniu w telewizji leci losowanie gier liczbowych, myślisz sobie, jak dobrze by było wygrać milion czy dwa. Od marzeń się jednak nie wygrywa – trzeba przynajmniej ruszyć dupę z fotela i iść skreślić te cholerne parę liczb.

Sytuacje takie jak opisana powyżej pełnią dla mnie rolę sita. Dzięki nim mogę w tłumie znaleźć tych, którzy naprawdę chcą się czegoś nauczyć. Mój czas jest cenny, nie mam zamiaru go marnować na pomaganie komuś, kto nie umie pomóc samemu sobie. Czasem jednak trafi się ktoś, kto przełknie moje gorzkie słowa, przetrawi je nieco i wróci po więcej. Następnym razem opowiem o tym, co dalej dzieje się z tymi, których nie odstraszyłem, z tymi, którzy są dalej głodni wiedzy.